Gdy czytam kolejny z rzędu post zachwytu nad książką Mel Robbins, włączam podcast a tam kolejny pean na temat „Pozwól im”, w każdej księgarni krzyczy do mnie zielona okładka, to nie pozostaje mi nic innego jak po nią sięgnąć, by dowiedzieć się co jest źródłem tego powszechnego zachwytu.
I już wiem.
Są książki, które nie robią rewolucji. Nie odkrywają Ameryki, choć stamtąd pochodzą. Nie mówią nic nowego. A mimo to stają się bestsellerami.
Książka Mel Robbins „Pozwól im” jest właśnie taka. Napisana sprawnie, przystępnie, z wyczuciem emocji czytelnika. Daje ulgę. A ulga sprzedaje się dziś doskonale. Problem w tym, że ulga nie zawsze idzie w parze z prawdą. A już na pewno nie z rzetelnym rozumieniem zmiany, o czym za chwilę.
Jeżeli nie czytałeś_aś tej książki, to dzięki temu, że ją przetrawiłam, będziesz mógł_mogła pozwolić sobie na nieczytanie tego świetnego przedstawiciela pop-psychologii.
Przeczytasz co moim zdaniem w tej książce działa, co jest nadmiernym uproszczeniem, a co w mojej ocenie idzie za daleko, a czasem bywa wręcz szkodliwe.
Co w „Pozwól im” całkiem dobrze działa?
Bardzo dobrze się ją czyta. Prosta. Przystępna. Napisana ludzkim językiem. I na dodatek oparta o historię, którą kochamy: tonęłam w długach, moje życie było porażką, a dziś wiodę szczęśliwe życie i wiem jak to zrobić! Podzielę się z Tobą swoim doświadczeniem! Pokażę Ci, że zmiana jest możliwa!
A poza tym – skutecznie obniża napięcie. Jesteśmy zmęczeni, przeciążeni odpowiedzialnością, a wreszcie ktoś daje nam prawo do zrzucenia z siebie trochę tego ciężaru, mówiąc „nie wszystko jest na twojej głowie”!
Hasło „pozwól im” działa jak szybka redukcja napięcia. Zdejmuje ciężar ciągłego analizowania cudzych zachowań, intencji i decyzji. Przenosi uwagę z obszaru, nad którym nie mamy kontroli, na coś znacznie prostszego: przestań się tym zajmować.
W świecie przeciążonym relacyjnie, emocjonalnie i informacyjnie to komunikat, który przynosi natychmiastową ulgę poznawczą. Nie dlatego, że rozwiązuje problem, ale dlatego, że na chwilę go zamyka.
I to jest realna siła tej książki.
Drugi element narracji Robbins to „pozwól sobie” – oznacza odzyskanie sprawczości tam, gdzie wcześniej była ona rozproszona na próby kontrolowania innych. To proste, ale bardzo skuteczne przesunięcie uwagi na siebie, które porządkuje granice odpowiedzialności, zmniejsza poczucie bycia ofiarą cudzych decyzji, daje poczucie wpływu.
Skąd więc moje zastrzeżenia?
Otóż propozycje Mel Robbins zawarte w tej książce mogą być świetnym pierwszym krokiem do indywidualnej autoregulacji. Sama idea „pozwól sobie” rozumiana jako prawo do rezygnacji z nadodpowiedzialności, nie jest ani naiwna, ani szkodliwa sama w sobie. Nie może być jednak wystarczająca do realnej pracy z ambiwalencją, stratą, konfliktem czy zależnością. Trzeba ją traktować z dystansem by to uproszczenie, jakie podaje Robbins, nie stało się uniwersalną odpowiedzią na złożone sytuacje relacyjne, zawodowe i systemowe.
A zdarzają się autorce zdania, które są kwintesencją poradnikowej prostoty sprzedawanej jako głęboka prawda o człowieku:
„Jeśli chcesz osiągać swoje cele, być uważniejszy, bardziej pewny siebie i szczęśliwszy, musisz przestać pozwalać innym ludziom, aby cię stresowali.”
Proste nie? Czego nie rozumiesz?
Teoria „pozwól im” oraz „pozwól sobie” – sedno pierwszej części książki
Założenie Mel Robbins jest takie, że skoro nie mamy kontroli nad innymi ludźmi, to powinniśmy „im pozwolić”
i zająć się sobą „pozwalając sobie”. Brzmi rozsądnie, prawda?
Psychologicznie to jest nawet częściowo prawdziwe. Bo rzeczywiście: nie mamy pełnej kontroli nad emocjami, decyzjami ani zachowaniami innych, za to mamy nad swoimi. Próby zarządzania cudzymi reakcjami kończą się najczęściej frustracją, wyczerpaniem albo iluzją wpływu. Z perspektywy zdrowia psychicznego umiejętność odpuszczania nadmiernej kontroli bywa wręcz konieczna. I tu Mel Robbins robi dobrą robotę.
Gdyby nie pewne „ale”. Narracja Robbins zakłada, że możemy się emocjonalnie „odłączyć” od reakcji innych ludzi i wyjść z relacji niemal suchą stopą. Jakby relacje były czymś zewnętrznym, a nie współtworzonym systemem.
I tu Mel Robbins w swoim upraszczaniu idzie tak daleko, że blisko jej do zrobienia z teorii „pozwól im” iluzji neutralności. Bo braku kontroli, nie powinniśmy mylić z brakiem wpływu i współodpowiedzialności.
W relacjach prywatnych i zawodowych nie funkcjonujemy jako odizolowane jednostki. Jesteśmy częścią systemów, w których nasze decyzje, słowa i postawy realnie kształtują zachowania innych. Nie kontrolujemy ludzi, ale współtworzymy kontekst, w którym działają. A to zasadnicza różnica.
„Pozwolenie” w wersji Robbins sugeruje emocjonalne wycofanie: zrób swoje, nie angażuj się, nie reaguj, nie bierz na siebie. Tymczasem w rzeczywistości dojrzałe funkcjonowanie rzadko polega na wycofaniu. Częściej na świadomym pozostaniu w relacji z granicami, ale i z odpowiedzialnością. I to całkiem trudna i wymagająca robota.
„To tylko twoja reakcja” – czyli prywatyzowanie problemów
Druga rzecz, której nie mogę zostawić bez komentarza, to fakt, że w książce bardzo wyraźnie wybrzmiewa przekaz: jeśli coś cię uruchamia, to jest twoje.
I to bardzo dobrze, że Robbins zaprasza do refleksji nad sobą. Odwołuje się do idei odpowiedzialności za własne przeżywanie: jeśli coś wywołuje we mnie silną reakcję, warto sprawdzić, dlaczego właśnie mnie, dlaczego tak mocno i co to mówi o mnie. To podejście może być pomocne – zwłaszcza dla osób, które całe życie próbują regulować świat zewnętrzny, zamiast przyjrzeć się własnym granicom i potrzebom. Na tym poziomie to założenie jest psychologicznie sensowne.
Ale to tylko część ćwiczenia i nie może być uniwersalną prawdą na wszystko. Bo o ile reakcja emocjonalna jest „moja”, o tyle sytuacja, w której ona powstaje, bardzo często już nie.
Dlaczego? Bo jesteśmy częścią systemów. Nie żyjemy i nie działamy w próżni. Oddziałujemy na system, a on na nas.
Relacje, role społeczne, hierarchie władzy, przeciążenie, chaos organizacyjny czy brak bezpieczeństwa psychologicznego nie są prywatnymi fantazjami jednostki. Są realnym kontekstem, który może – i często będzie – uruchamiać ludzi. Sprowadzanie tego wyłącznie do „twojego uruchomienia” przesuwa odpowiedzialność z systemu na jednostkę i zaciera granicę między samoświadomością a samowystarczalnością emocjonalną.
Dlatego widzę ryzyko w bezkrytycznym przyjęciu tego, co pisze Robbins. Jest to zbyt jednostronne. Ten sposób myślenia:
- przenosi ciężar adaptacji wyłącznie na jednostkę,
- ignoruje realne przeciążenie, chaos, toksyczne struktury,
- wzmacnia narrację: „jak sobie nie radzisz, to znaczy, że źle pracujesz nad sobą”.
To nie jest wzmacniające. To jest wygodne. Głównie dla niezdrowego systemu.
I właśnie w tym miejscu to, co u Robbins miało być zaproszeniem do refleksji nad sobą, zaczyna działać jak wygodna narracja: jeśli coś cię boli, to znaczy, że masz nad czym pracować. Niekoniecznie – czasem to znaczy, że coś w otoczeniu wymaga zmiany.
Zmiana wymaga decyzji i motywacji – dlaczego to niestety nie jest prawda
Druga część książki, a szczególnie rozdziały poświęcone zmianie, sprawiły, że postanowiłam wdać się w polemikę – stąd ten post. Nie dlatego, że tezy Robbins są całkowicie fałszywe. Wręcz przeciwnie – autorka trafnie opisuje jeden ważny mechanizm: presja uruchamia opór, a frustracja często wynika z iluzji, że mamy realny wpływ na decyzje innych ludzi.
To jest sensowna obserwacja.
Problem zaczyna się w momencie, gdy z tej obserwacji Robbins wyciąga zbyt daleko idący wniosek: że ludzie zmieniają się wyłącznie wtedy, gdy sami tego chcą, a skoro tak to jedynym rozsądnym ruchem jest „pozwolić im” i zająć się własnym myśleniem.
I to nie jest do końca prawda. Przynajmniej nie cała.
Ludzie nie zmieniają się tylko dlatego, że chcą. Zmieniają się także dlatego, że:
- zmieniają się warunki,
- pojawia się realny koszt pozostania przy starym sposobie działania,
- zmiana staje się konieczna, a nie wybieralna,
- system, relacja lub rola przestają podtrzymywać dotychczasowy status quo.
W wielu realnych zmianach osobistych i zawodowych, „chcenie” pojawia się po fakcie, nie przed nim. Jest efektem adaptacji, a nie jej warunkiem.
Redukowanie zmiany do aktu woli i decyzji poznawczej ignoruje fakt, że zmiana bardzo często zaczyna się od napięcia, ambiwalencji i przymusu, a nie od jasnej, wewnętrznej gotowości.
I tu leży zasadniczy problem tej części książki.
Robbins sprowadza zmianę do pracy z myśleniem i do uporządkowania przekonań, narracji i interpretacji. Tymczasem wiele zmian nie blokuje się na poziomie „błędnego myślenia”, tylko na poziomie realnych strat, konfliktów wartości, zmiany tożsamości i relacji, których nie da się rozbroić jednym wglądem ani hasłem „pozwól sobie”.
Zmiana nie jest tylko procesem poznawczym. A towarzyszący jej dyskomfort nie oznacza błędu w myśleniu, tylko naturalny koszt przechodzenia z jednego brzegu na drugi.
Zmiana rzadko jest tylko kwestią tego, jak o czymś myślimy. Znacznie częściej jest procesem uczenia się nowego sposobu bycia w świecie, który jeszcze przez chwilę pozostaje niepewny i w którym nie wszystko da się uspokoić jednym „dlaczego”.
Myśli mają znaczenie. Modele poznawcze mają swoją wartość.
Skrótem jest jednak przekonanie, że to one są głównym silnikiem zmiany.
Pozwól sobie zabrać z tej książki zaproszenie – do spotkania ze sobą
„Pozwól im” nie jest książką do wyrzucenia. Może być ulgą, gdy bierzemy na siebie za dużo. Pierwszym krokiem do zakwestionowania podejścia, że „to świat i oni muszą się zmienić”, żebyśmy my mogli wreszcie odetchnąć. Jak odpuścić cudze emocje. Jak poczuć, że nie wszystko jest naszą odpowiedzialnością. I w tym sensie dla wielu osób, w określonym momencie życia może być naprawdę pomocna.
Problem zaczyna się wtedy, gdy ta ulga zaczyna udawać dojrzałość psychologiczną.
Bo między „nie wszystko jest na twojej głowie” a „to tylko twoja reakcja” jest cienka granica. A jej przekroczenie sprawia, że z odpowiedzialności robi się wycofanie, z granic obojętność, a z refleksji nad sobą wygodną narrację, która zdejmuje z pola widzenia relacje, role i realne warunki, w jakich funkcjonujemy.
Dlatego ten tekst nie jest wezwaniem, by tej książki nie czytać. Jest zaproszeniem, by nie czytać jej dosłownie. By nie brać poradnikowej prostoty za prawdę o człowieku. I by nie mylić chwilowej ulgi z czymś, co rzeczywiście pomaga żyć i pracować mądrzej.
Niech ta lektura, jeżeli już po nią sięgniesz będzie zaproszeniem do przyjrzenia się sobie w różnych sytuacjach.
A jeśli już mamy sobie na coś pozwolić to może właśnie na dystans. I na krytyczne myślenie.
